Siadamy przy stoliku i zaczyna się zwykła kawiarniana rozmowa. Kto już jest, kto jeszcze przyjedzie, kto w tym roku Kazimierz zdradził. Potem trochę wiadomości lokalnych, sporo plotek, no i na koniec wspominki. Jak to było, co się zmieniło, co jeszcze pozostało. Ten temat może być kontynuowany w nieskończoność. Ponieważ pora odpowiednia — kawowa, więc co chwila pojawia się wciąż to nowa postać, jakby ewokowana tematem rozmów. A więc dołącza się i siada z nami Jan Zamojski, redaktor Rzecki, Adam Ważyk, Michalak i inni przybysze z okresu jesiennego. Bo prawdziwi koneserzy i smakosze Kazimierza przyjeżdżają tu na wiosnę i na jesieni. Krzykliwe i zatłoczone miesiące letnie omijają. Wszyscy panowie, mówiąc oględnie, w sile wieku, lecz bujna młodość wszystkich powiązała się, na dłużej lub krócej, ale mocno, z dawnym Kazimierzem.
Wobec niewyczerpania tematu i zbliżającej się pory obiadowej postanowiliśmy rozejść się i spotkać powtórnie przed wieczorem tu w kawiarni lub w holu SARP-u na małej partyjce „macao” — jest to gra modna tego roku w Kazimierzu, nie wymagająca specjalnych wysiłków i hazardowego napięcia i dająca się łatwo pogodzić z prowadzoną jednocześnie rozmową.
I znów Rynek. Załatwiam sobie nocleg w hotelu (też dawny Berensa), lecz na obiad zamyślam pójść gdzie indziej, a to nie tylko dlatego, że kuchnia w „Esterce” jest bardzo podła, lecz by korzystając z pięknego dnia, obejść jeszcze kawał Kazimierza. Kroki swoje skierowałem na „Góry”, planując, że po drodze w willi „Floryda” zjem obiad, a może i spotkam tam znajomych, zresztą odpocznę wśród pięknego otoczenia, gdyż widok stamtąd na Wisłę jest nadzwyczajny.
A więc wspinam się obok kościoła krętą drogą na górę. Z pożółkłych drzew spadają kasztany, pękają otoczki i wyskakują twarde, lśniące owoce. Są tak ładne, że nie mogę oprzeć się pokusie, by kilku z nich nie podnieść z ziemi, nie pobawić się nimi i schować do kieszeni. Zupełnie jak mały chłopiec. Idę koło ruin zamku, ciągle w górę, masyw baszty jest drogowskazem. Po pewnym czasie droga skręca i otwiera się szerszy widok. I tu nagle uderza mnie posępne widowisko.
Dokoła baszty rośnie wiele dorodnych starych drzew. Otóż widzę, że większość tych drzew jest martwa. Przypomina mi się nagle tytuł sztuki: „Drzewa umierają stojąc” Tak to wygląda. Wśród zachowanych jeszcze gęstych liści i krzewów zielonych, miejscami złotych, te wielkie uschnięte drzewa, jak rogi przedpotopowych jeleni, sterczą ku górze nieruchome i martwe. Niektóre z nich już ścięto, leżą pnie — inne czekają na swoją kolej. To wiązy. Tajemnicza, nie zbadana choroba zabija tylko te drzewa na przestrzeni całego kontynentu. Ale dlaczego dziś na każdym kroku towarzyszą mi wyraźne ślady przemijania dawnego?